Bezprawne przeglądy
Komisja Europejska skierowała przeciwko Polsce skargę do unijnego Trybunału Sprawiedliwości. Nie zgadza się, by używane auta, sprowadzane z UE podlegały obowiązkowym badaniom technicznym przed ich pierwszą rejestracją w naszym kraju.
Zdaniem KE przepis ten tworzy barierę w handlu wewnątrzwspólnotowym, traktując nierówno używane pojazdy z importu i te eksploatowane w Polsce. Nowy samochód nabyty w kraju przechodzi obowiązkowe badanie techniczne dopiero po trzech latach od pierwszej rejestracji. Kolejny przegląd następuje dwa lata później, a potem już co roku. Używane auto nie podlega obowiązkowi badań przy zmianie właściciela, lecz wtedy, gdy dobiegnie końca okres dopuszczenia samochodu do ruchu.
Inaczej jest w przypadku auta sprowadzonego z zagranicy. Warunkiem zarejestrowania takiego samochodu w Polsce jest poddanie go rozszerzonemu badaniu technicznemu. Obowiązek ten trzeba dopełnić nawet wtedy, gdy pojazd ma zaledwie kilka miesięcy i posiada ważny przegląd wykonany za granicą. Koszt takiego badania wynosi 169 zł i jest o 70 proc. droższy od zwykłej kontroli.
Pierwsze wezwanie do zmiany przepisów Polska otrzymała już w lipcu 2005 roku. Kolejne upomnienie ze strony Brukseli dostaliśmy w czerwcu ubiegłego roku. W odpowiedzi na wezwania KE, Polska podtrzymała swoje zdanie zachowując wymóg kontroli importowanych aut. Decyzję tę argumentowano względami bezpieczeństwa publicznego i ochrony środowiska.
Stanowisko Warszawy w sporze z KE w tym akurat przypadku wydaje się być zrozumiałe. Większość samochodów sprowadzanych do kraju to auta stare i uszkodzone. Ich kontrola tuż przed rejestracją w Polsce jest działaniem racjonalnym. Z drugiej strony, nie da się na dłuższą metę obronić regulacji sprzecznych z unijnym prawem. Jeśli się już zdecydowaliśmy działać na europejskim rynku, to musimy stosować się do jego wymogów.
Lepiej gdyby rząd w trosce o bezpieczeństwo obywateli zainteresował się funkcjonowaniem stacji kontroli pojazdów. Łatwość z jaką można założyć taki punkt spowodował, że wielu miastach wyrosły one jak grzyby po deszczu. Właściciele samochodów mając do wyboru kilka stacji udają się tam, gdzie najłatwiej dostać pieczątkę. W efekcie stacje konkurują między sobą nie jakością usług , lecz dbają głównie, aby zauważyć jak najmniej usterek. A potem mamy na drogach tragiczne wypadki.